Drapacze chmur - trochę historii

U schyłku ubiegłego wieku w Europie masowo budowano ogromne, luksusowe domy mieszkalne. Tym co różniło je od antycznych przodków był nie tyle wygląd zewnętrzny, co zaawansowane konstrukcje i nowoczesne instalacje w budynkach.

Kolebką mieszkalnych drapaczy chmur był starożytny Rzym. W mieście wznosiło się blisko 46 tys. insuli, czyli domów czynszowych. W 193 roku p.n.e. najwyższa rzymska budowla miała ponad 10 kondygnacji, wokół zaś znajdowały się domy 5 i 6 piętrowe. Mury wznoszono wówczas z łupków, kamieni i mas betonowych. Stropy były drewniane, a elewacje licowano cegłą. Zalecana grubość murów zewnętrznych - 0,45 m - nie zawsze zapewniała stabilność konstrukcji, dlatego w Rzymie często dochodziło do katastrof budowlanych. Życie w takim domu nie było łatwe. Luksusowe apartamenty, niekiedy o powierzchni do 300 m2, mieściły się na parterze lub pierwszym piętrze. Im wyżej, tym mieszkania były tańsze. Często wchodziło się do nich nie po schodach, lecz drabinach. Nie było bieżącej wody ani kanalizacji, a za toalety służyły gliniane dzbany. W kuchniach brakowało przewodów kominowych. Przenośne piecyki były jedynym źródłem ogrzewania. Poważne zagrożenie pożarowe stwarzało używanie otwartego ognia do oświetlenia i przygotowywanie posiłków na małych, przenośnych kuchenkach.

Wysoko w Warszawie
Przez kolejne wieki, nikt - może poza mieszkańcami Arabii Felix (dzisiejszy Jemen) - nie próbował naśladować rzymskich drapaczy nieba. Jeszcze w połowie XIX wieku kamienice czynszowe w miastach miały zwykle nie więcej niż trzy piętra. Na przełomie XIX i XX wieku Warszawa mieściła się w dziesiątce największych miast europejskich i budowano tu wyjątkowo wysokie obiekty. Miasto było gęsto zabudowane. Jego rozwój terytorialny hamowany był gorsetem fortyfikacji, więc jedynym wyjściem była budowa w górę. Najwyższe budynki miały 7-8 pięter. Środki techniczne pozwalały na budowę jeszcze wyższych budowli, ale około 1914 r. stało się to nieopłacalne. Ciśnienie w miejskiej sieci wodociągowej pozwalało na doprowadzanie wody tylko do wysokości około 35 m, co odpowiadało mniej więcej wysokości ówczesnych 8 pięter. A ponieważ stacja filtrów znajdowała się w południowo-zachodniej części Warszawy, tu właśnie powstawało najwięcej wysokich, a zarazem luksusowych budynków mieszkalnych. W dalej położonych dzielnicach konieczne było montowanie urządzeń do przepompowywania wody powyżej 35 m. Nowoczesne kompresory o odpowiednim ciśnieniu, dostarczające wodę na wyższe piętra, stały się standardem w domach wznoszonych w okolicach placu Wareckiego - nowego centrum miasta położonego dosyć daleko od stacji filtrów. W luksusowych kamienicach czynszowych, najmniejsze nawet mieszkania miały nie tylko bieżącą wodę i kanalizację, ale też instalację elektryczną i gazową. Były wyposażone w kuchenki na gaz miejski i termy do ogrzewania wody. Z mieszkań znikały tak charakterystyczne dla starszych kamienic piece. Zastąpiły je kaloryfery centralnego ogrzewania. W produkcji i instalacji urządzeń c. o. specjalizowała się, założona w 1893 r, w Warszawie, znakomita firma "Drzewiecki i Jeziorański". Nie ograniczała się ona jedynie do produkcji, ale wprowadzała też własne rozwiązania techniczne. Inną specjalnością "Drzewieckiego i Jeziorańskiego" było produkowanie i opracowywanie systemów wentylacyjnych i urządzeń wodnokanalizacyjnych. Firma nie była bynajmniej monopolistą. W ultra luksusowej kamienicy Henryka Kołobrzega-Kolberga w Al. Ujazdowskich, gdzie nawet kraty balkonów pokryto złotem płatkowym, centralne ogrzewanie wodne zamontowała inna warszawska firma - "Wisła". Z kolei w 1913 r., wzorcem zagranicznych hoteli, w kilku nowych kamienicach zastosowano "spluwaczki skanalizowane" urządzone na podobnej zasadzie co zlewy.

Piece, zsypy, pralnie...
Piece centralnego ogrzewania, niemal wyłącznie węglowe, instalowane były w piwnicach budynków. Aby dostawy opału były jak najmniej uciążliwe, często, na przykład w kamienicy jubilera Wapińskiego przy Krakowskim Przedmieściu 19 w Warszawie, węgiel z fur ładowano do umieszczonych w chodniku otworów, zamykanych klapą i wiodących wprost do piwnicy. Nie było to jednak rozwiązanie powszechne i często przechodnie, idąc ulicą, natrafiali na hałdy węgla. Dla wysokich budynków trzeba było również wymyślić sposób pozbywania się odpadów z gospodarstw domowych. Na przełomie stuleci wymyślono zsypy na śmieci. Umieszczano je jednak nie na klatkach schodowych, lecz w kuchniach. Zdarzało się też, że w budynkach użyteczności publicznej pomieszczenia na śmietniki znajdowały się pod poziomem chodnika. Tak było na przykład we wzniesionym w 1910 r. Pasażu Luxenburga przy ul. Senatorskiej. Swego czasu w reklamie jednego z luksusowych, warszawskich domów dochodowych, przytoczono fragment regulaminu domowego, w którym czytamy: "Zabrania się trzepania mebli, dywanów oraz pościeli na podwórku i balkonach. Każdy lokator otrzymuje na żądanie przenoszony odkurzacz elektryczny, znajdujący się na stałe u stróża". Elektryczne odkurzacze stały się niezbędnym elementem wyposażenia ówczesnych budynków. W reklamach domów zapewniano też o wyposażeniu budynku w centralne odkurzacze różnych systemów. Najpopularniejszy był tu system Boriga, a jego montażem zwykle zajmowała się firma braci Moszkowskich. Standardem było też wyposażenie domów w pralnie, strychy do wieszania bielizny, magle, zaś mieszkań w lustra, kasety na kosztowności i spiżarnie z lodowniami będącymi czymś w rodzaju prototypów dzisiejszych lodówek.

Windy elektryczne
Zapewne nigdy nie zdecydowano by się na wznoszenie wielopiętrowych, luksusowych domów czynszowych, gdyby nie skonstruowanie w 1880 r. windy elektrycznej.
W Warszawie windy takie zaczęto instalować w ostatnich latach ubiegłego wieku, ale upowszechniły się one dopiero po uruchomieniu elektrowni miejskiej na Powiślu w 1908 r. Nim całe miasto zelektryfikowano, warszawiacy zachwycali się eleganckimi windami w potężnych budynkach Towarzystwa Ubezpieczeń Rosya przy Marszałkowskiej i Hotelu Bristol. Obydwa budynki powstały w 1900 r. i miały własne mini elektrownie. W hotelu znajdowało się aż 11 różnego rodzaju dźwigów wartych 38 000 rubli. Jednak tylko jedna, zachowana do dziś winda służyła do przewożenia gości. Określano ją mianem "cacka przemysłu". Kryształowa, przezroczysta, o białych ramach żelaznych, z fotelikami do siedzenia sprawiała wrażenie karety z bajki. Otaczała ją secesyjna balustrada wykładana mosiądzem. Jak donosiła ówczesna prasa, winda poruszała się bez wstrząsów z szybkością 110 cm na sekundę i mieściła 8 osób. Podnośnice osobowe - jak nazywano wówczas windy - montowano jedynie w głównych klatkach schodowych. Taką konstrukcję niechętnie wykorzystywano do wind towarowych służących na przykład do przewozu węgla na opał, gdyż - jak pisano w 1907 r. -"podnośnica elektryczna jest u nas zbyt kosztowna, a ręczna nie odpowiada celowi, wskutek niewystarczającej siły rąk jednego człowieka". Przed 1914 r. do najwyższych kamienic warszawskich należał dom architekta Antoniego Jasieńczyk - Jabłońskiego przy Placu Zbawiciela. Tu "w dzień i w nocy" działały dwie windy osobowe, którymi wjeżdżano nie tylko do mieszkań, ale i usytuowanego na ostatnim piętrze, pod szklanym dachem, solarium z gabinetami do kąpieli słonecznych i "elektrycznych", inhalatoriami i salami do zabiegów ortopedycznych.
Najwięcej było w tym czasie wind systemu Unruch & Liebig, produkowanych przez warszawskie Zakłady Mechaniczne Budowy Dźwigni przy Konopackiej na licencji lipskiej fabryki. Pojawiły się też windy specjalistyczne. W salonie Fiata przy ulicy Moniuszki 2 zamontowano specjalną podnośnicę systemu "Otis" dla samochodów. W super luksusowej kamienicy Maurycego Spokornego, dyrektora Tramwajów Warszawskich, windy zainstalowano w dwóch głównych klatkach schodowych. Secesyjne gondole znajdowały się w szybach ze stalowej siatki.

Jak wspominał pan Andrzej Gwiżdż, wnuk Spokornego, goście wchodzący do kamienicy dzwonili do odźwiernego. Ten nieznajomych witał nieodmiennym "Kogo Pan uważa?", potem zaś wjeżdżał z nimi windą do mieszkania. W windzie gość mógł na kilka sekund przysiąść na obitej atłasem kanapce. W nowych kamienicach próbowano też wprowadzać inne rozwiązania, które nie znalazły jednak powszechnego zastosowania. W 1911 r. przedsiębiorca Gawryłow instalował jednoosobowe windy "Aga", montowane bezpośrednio na balustrady schodów i będące, czymś w rodzaju dzisiejszych wind dla niepełnosprawnych.
Przedstawia: Jerzy S. Majewski (Murator PLUS - 8 '99) Źródło: [url=http://www.wiezowce.prv.pl/]http://www.wiezowce.prv.pl[/url]
30/07/2005     Wojciech Andruszkiewicz

Opinie o Drapacze chmur - trochę historii Dodaj komentarz

Nie mamy jeszcze żadnej opinii :(
Bądź pierwszym, który doda opinię!
Twoja opinia
#0
Podziel się wrażeniami... napisz coś o budowli...
Nasz portal stosuje pliki cookies w celach świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie oraz w celach statystycznych i reklamowych. Korzystając z serwisu, zgadzasz się na użycie plików cookie, więcej szczegółów w naszej polityce cookies. Zamknij